Myśl o tej nędznej odrobinie ognia nie opuszczała go.
Nie rozumiał, jak przed kilkoma minutami mógł się tak wzruszyć płaczem i zwierzęcym wyciem tego głupiego motłochu. Skradał się wśród domów i wkrótce wydostał się z rynku.
Ostap może poczekać! Niech wypocznie po czynie...
Kiedy znowu wchodził po schodach do mieszkania Stefana, doznał zawrotu głowy. Musiał się chwycić ściany, aby nie upaść.
Drzwi roztwarły199 się gwałtownie.
— Stefanie! — zabrzmiał głos Poli.
— Ty... to ty...
Gordon stanął przed nią, nie mówiąc ani słowa, i uśmiechnął się.
— Gdzie Stefan?
— Nie ma go jeszcze w domu?