— Tak. To dodaje odwagi... He, he... Wszystko obojętne... Cokolwiek zrobię... Teraz mi już nic nie zaszkodzi, nic. Och, to takie dziwne uczucie, kiedy się wie, że nic już nie może zaszkodzić. Nieprawdaż? Jeżeli skazany na śmierć w przededniu zepsuje sobie żołądek, to wszak to nic nie szkodzi, nieprawdaż?

— Nie! — rzekł Gordon roztargniony.

Stefan patrzył nań smutnie przez chwilę.

— Posłuchaj mnie pan, ja tak tęsknie na pana czekałem, jestem panu tak wdzięczny, że pan przyszedł, ale pan nie jest teraz u mnie.

— Tak, jestem u pana... Ja bardzo pana lubię, panie Wroński, bardzo pana lubię...

Powiedział to prawie obojętnie.

Wroński zaniepokoił się.

— Poczekaj pan, muszę wstać, nie mogę myśleć w łóżku, a muszę z panem mówić.

Wyszedł z łóżka i ubrał się gorączkowo. Gordon ożywił się nagle. Pomógł Wrońskiemu i ustawił mu krzesło.

— Nie, dziękuję. Będę chodził po pokoju.