Słyszał krzyk Poli; potem czuł, że coś połyka.
Otrzeźwiał, wziął z jej ręki flaszkę i pił chciwie koniak.
Wiedział, że klęczała przy nim i wpatrywała się w niego z przestrachem.
— Lepiej ci? — zapytała.
— Niedługo przejdzie. — podniósł się i usiadł.
— Mój Boże! Jakiś ty blady! Połóż się na łóżku.
— Nie, dziękuję!
Siedzieli tak chwilę.
— Nie wiesz, gdzie może być Stefan?
— Zapewne przy ogniu.