Jakież marne, jakież brudne było to wszystko. Nędzna odrobina ognia; nędzna odrobina pieniędzy. Nie mogło nawet wystarczyć, by urządzić większe bezrobocie.

A ludzie, niby głupie zwierzęta w deliriach trwogi! Przypomniał sobie ich krzyki, wycia, procesje, bezmyślne bieganie tu i tam.

— Śmieszne!

Ale teraz musiał dalej prowadzić swoje dzieło, aby móc rozpocząć wielki czyn.

Wpatrywał się długo, długo przez okno w brzaski dnia.

Tak... dniało. Nadchodził śmieszny, banalny dzień z pragnieniem życia.

Doktor wrócił.

— Z biednym dziewczęciem bardzo źle...

Obmył sobie ręce.

Gordon patrzył na niego w milczeniu.