Gordon otworzył okno, potem zaryglował z wewnątrz drzwi, poszedł do pokoju Poli, rzucił się na łóżko i zasnął natychmiast.
Obudził się dopiero późno po południu. Wstał, rozglądał się długo po pokoju: kanarek leżał — chory u niego...
W kuchni znalazł chleb i masło. Jadł z wielkim apetytem.
Potem zamknął mieszkanie, schował klucz do kieszeni i wyszedł na ulicę.
W dali usłyszał krzyk, potem znowu nastała cisza i znowu długi przeciągły pomruk.
— Aha! Teraz się zaczyna — myślał zadowolony. Cieszył się z dokładności, z jaką rozwijały się jego plany.
Na rynku pod otwartym niebem gniotło się221 olbrzymie zgromadzenie robotników.
To było coś niesłychanego w tym mieście. We wszystkich oknach widział Gordon ludzi przypatrujących się z naprężoną uwagą222 niezwykłemu widowisku.
Okonek stał na beczce i, krzycząc z całej siły, przemawiał do tłumu.
Kilku chłopców rozdzielało między robotników odezwę wydrukowaną na czerwonym papierze.