Każde zdanie, które Okonek wypowiedział, nagradzał tłum grzmiącym oklaskiem223. Ludzi ogarnęła gorączka. Nie uważali wcale na treść mowy. Cieszyli się tylko, że nadarzała się im sposobność wyrzucić z serca nienawiść i wściekłość.
— Ten pies uciekł — krzyczał Okonek. — Pogwałcił nasze córki, żył z naszego potu, wyssał nam szpik z kości, podpalił fabrykę i z milionami ubezpieczonych sum zbiegł do Ameryki wraz ze swymi dziewkami!...
Tłum wył i szalał przez chwilę.
— Żyć z potu... wspaniała przenośnia! Okonek jest dowcipny — pomyślał Gordon i uśmiechnął się zadowolony.
— Bracia! Bracia! — krzyczał Okonek wśród dzikich, rozszalałych ruchów224. — Co teraz poczniemy? Gdzie praca? Gdzie chleb? Czy mamy umierać z głodu?
Kilku policjantów torowało sobie drogę wśród tłumu. Krzyczeli i roztrącali w imieniu prawa, ale tłum szydził z nich, a w końcu rzucił się na nich; znikli jak drobne robactwo między lawiną225.
— Miasto musi nam dać pracę. Żądamy tego — pójdziemy do burmistrza.
— Do burmistrza! — krzyczał tłum.
— No, to będzie piękne — pomyślał226 Gordon. — Biedny wujaszek, biedny urząd gminny...
Okonek zrywał się ostatnimi wysiłkami227. Głos jego wydawał się nienaturalnie potężnym. To nie był już głos ludzki, w fanatyzmie nienawiści chłop wzrósł na olbrzyma.