— A jeśli nie dadzą nam chleba, nie dadzą dalszych praw, to sami je weźmiemy! Ale teraz spokojnie, bracia, spokojnie!

Znikł w tłumie. Cały rynek był zapchany. Ale jakby na tajemne skinienie poruszył się tysiącgłowny228 tłum, z hukiem popłynął szeroką ulicą. Nagle wzniosły się sztandary z czerwonego sukna, ktoś zaintonował pieśń, którą pochwyciło setki głosów: pieśń, jakiej nikt nie znał w mieście prócz robotników, dziką, rozdzierającą pieśń zemsty: Czerwony sztandar.

Gordon szedł z tłumem. Serce biło mu gwałtownie.

Przed domem burmistrza zatrzymali się robotnicy.

Cała ulica była zapełniona ludźmi. Powstał straszny natłok229.

Nagle nastała śmiertelna cisza. Słychać było tylko zamykanie okiennic w sklepach, bojaźliwe barykadowanie okien wystawowych: posiadających przejęła nagła trwoga.

— Burmistrz! — krzyknął ktoś. I natychmiast zahuczeli wszyscy ochrypłymi, szydzącymi głosami: „Burmistrz! Burmistrz!”.

Burmistrz wyszedł wreszcie na balkon, niemy230, z apoplektycznie rozognioną twarzą. Oczy biegały mu jak u szaleńca. Nie mógł pojąć tego wszystkiego. Ten bunt w jasny dzień. Znikąd pomocy. Znikąd rady, nawet Gordon go opuścił.

Czarna masa zalewająca ulicę pozbawiała go rozumu.

— Panie burmistrzu — przemówił Okonek. — Oto stoją tu biedni ludzie pozbawieni chleba wskutek łotrostwa Schnittlera. Teraz miasto musi im dać pracę!