— Pracę! Pracę!
— Spokój! — huknął Okonek zachrypłym głosem i znowu nastała cisza.
— Co? Co? — Burmistrz nie rozumiał ani słowa.
— Nie chcemy ginąć z głodu! — krzyczał Okonek. — Skąd weźmiemy kawałek chleba?
W tej chwili burmistrz popadł w dziką wściekłość. Widział, jak tłum wyciągał ku jego gardłu przerażająco długą rękę, czuł, jak tysiącgłowa hiena powala go, dusi i rozdziera w kawały...
— Psy! — krzyknął ochryple — każę strzelać do was!...
Wtedy zbudził się ryk i wycie tysiąca głodnych, żądnych chleba głosów. W mgnieniu oka rozniosła się pogłoska, że burmistrz telegrafował po wojsko, że za chwilę zostaną wystrzelani. To odjęło tłumowi rozsądek. Szał zerwał się z wodzy, dzika rzeka rwała wszelkie tamy.
Chleba! Chleba!
Jakiś robotnik rozbił okiennice rzeźni: to było hasło.
W mgnieniu oka tłum rzucił się na rzeźnie i piekarnie. Wyłamano drzwi i okna, dziki okrzyk tryumfu zagłuszał jęk i płacz gniecionych i tratowanych.