Gordon przycisnął się do ściany. Z ogromnym trudem zdołał się wydobyć z natłoku231. Był oszołomiony krzykiem, ale dusza jego rozpłomieniła się rozkoszą zniszczenia.
Nagle stało się coś strasznego.
Jakiś kupiec strzelił do tłumu.
Tłum zmienił się w rozszalałą bestię. Zemsta ludu olbrzymiała ku niebu i niosąc zniszczenie, toczyła się przez miasto.
I Gordon olbrzymiał. Nieznana mu dawniej energia, głucha232 moc wpływała w jego duszę.
— To przygrywka — rzekł głośno sam do siebie.
To było zupełnie coś innego jak233 ten śmieszny pożar wczorajszej nocy.
To było niemal szczęście!
Tylko więcej jeszcze! Więcej! Całe miasta, całe prowincje, cały kraj, świat cały zniszczyć: to było234 prawdziwe szczęście.
Odetchnął ciężko, był bliski omdlenia. Ściemniło mu się235 przed oczami; przez klika sekund nic nie widział; nic nie słyszał...