Szli w milczeniu.

— Gdyby mnie schwytano, sprawa może wziąć zły obrót — rzekł nagle Okonek. Czuł nieprzepartą chęć rozmawiania.

— Sądzisz, że nie możesz ręczyć za siebie?

— Och, pan nie wie, co to więzienie. Człowiek może oszaleć. Przyznaje się do wszystkiego w nadziei, że go uwolnią; zdradziłby własnych rodziców, byleby się wydobyć. Więzienie jest gorsze od śmierci. A za to podpalenie, za ten mord grozi więzienie, dwadzieścia, trzydzieści lat więzienia...

Gordon nic nie mówił.

Okonek drżał z trwogi. Chciał teraz mówić, by zagłuszyć swoją trwogę.

— Żołnierze zabili pięciu ludzi. Ale rzeczywiście nie można było tego bydła utrzymać na wodzy. Musieli rabować, grabić, mordować...

Okonek rozpoczął długą obronę własną.

...On myślał naturalnie, że to wszystko załatwi się w najpiękniejszym porządku; chciał pouczyć robotników, co mają robić...

...Boże, Boże, gdyby był przypuszczał, co się stanie...