Mówił bez przerwy, ustawicznie powtarzał jedno i to samo, przerywał sobie okrzykiem rozpaczy z powodu nieszczęścia, w jakie go Gordon wtrącił.
...Podpalić! Podpalić fabrykę lichwiarza, tak, to zupełnie co innego! To rodzaj osobistego wymiaru sprawiedliwości. Ale podburzyć do grabieży i rabunku niewinnych ludzi... nie! to nie wolno. Zresztą, nie wie wcale, co mówił. Choćby go posiekano w kawałki, nie umiałby powtórzyć ani słowa ze swojej mowy. Ten nieznajomy dał mu ją, on wyuczył się na pamięć jak papuga... Nieznajomy dał mu także najświętsze zapewnienie, że mu się nic stać nie może, a teraz żołnierze biegają za nim jak szaleni, szukają go, aby go uwięzić...
— Skąd to wiesz?
— Widziałem, że uwięziono wielu ludzi, a ci z pewnością wszystko wypaplają. Boże, toż będą śpiewać!
Weszli na torfowisko.
Okonek ciągle jeszcze rozprawiał gwałtownie. W miarę, jak Gordon milkł, on czuł coraz większą potrzebę mówienia.
...Gordon winien jego całemu nieszczęściu.
...Odkąd zastrzelił leśniczego — a musiał go zastrzelić w obronie własnego życia — popadł w moc złego ducha. Gordon nie powinien się o to gniewać na niego, ale dla niego jest gorszy jeszcze niż zły duch... Zajmuje go bardzo agitacja celem zaprowadzenia ośmiogodzinnej pracy i podwyższenia płac robotnikom. Gordon wie przecież, jak dzielnie pracował w agitacji. Ale to, co się dzisiaj stało...
To był powtarzający się ciągle refren. Z każdym krokiem naprzód rosła w nim obawa i strach przed tym, co go czeka. Zdawało mu się, że ktoś idzie za nim ciągle, ślad w ślad.
Weszli na wąską ścieżkę prowadzącą między dwoma dołami torfowymi.