Gordon siedział jeszcze długo, potem podniósł się mechanicznie i zmienił ubranie. W pokoju stała kałuża brudu i błota.
Wstrętne!
Poszedł do pokoju, gdzie leżała Pola. Spoglądał długo na zamarłe lica i ujął jej zlodowaciałą rękę.
Kanarek był nieżywy. Teraz miała spokój.
Na dworze wstawał szary świt.
Wpatrzył się w brzask.
Ręka zmarłej paliła jego gorączkujące dłonie.
Ujrzał w dali ciemne zarysy stodoły. To było krematorium, olbrzymi grobowiec Ostapa.
Jutro duch jego wyzwoli się w ogniu. Jutro obróci się w proch, z którego powstał.
I jutro wyswobodzę się z całej przeszłości, zaczem242 rozpocznę nowe dzieło.