— Niekoniecznie! Nie usłyszę ani słowa. Możesz teraz mówić i mówić, ja nie posłucham ani na chwilę.

Usiadł obok niej i ujął ją za rękę. Cofnęła ją porywczo.

— Dlaczego cofasz rękę? Wszakże nie jesteśmy wrogami... Czy pamiętasz ową noc w Londynie? Ja ci wszystko tak otwarcie i serdecznie powiedziałem — powiedziałem ci, dlaczego nie możesz być moją kochanką. Pokazałem ci cały ten brud, w którym byśmy żyć musieli. Powiedziałem ci wtedy, że dusza moja nie potrafi stopić cię w sobie, bo tylko ta miłość jest piękna dla mnie, która zdoła stopić kobietę w duszy mężczyzny. Odszedłem od ciebie, ażeby cię nie skalać. Odszedłem od ciebie, ażeby cierpieć z powodu ciebie. Tak, ja jeszcze ciągle cierpię. Ale to cierpienie otacza cię aureolą w oczach moich. Odszedłem od ciebie, ażeby nie stać się brutalnym, ile razy bym musiał myśleć o tym pierwszym, który w tobie zrodził kobietę. Czyż mam ci to wszystko powtórzyć? Ty wiesz, że tylko dlatego, jedynie dlatego cię opuściłem... Pytałaś mnie, czy zawsze jeszcze jestem tak smutny. Ja właściwie nie jestem smutny. Ale ja kocham piękno i smutno mi, że nie mogłem być ci pierwszym... Nie, ty — wszak ty wiesz wszystko. Zresztą jesteśmy tak spokrewnieni. Kiedym cię ujrzał po raz pierwszy, to było, jakbym widział samego siebie... Dlaczego mnie nienawidzisz?

Ona długo nań spoglądała bezrozumnie.

— Ach, jak ja cię nienawidzę, jak ja cię nienawidzę!

Powtarzała te słowa nieustannie i z wściekłości zgrzytała zębami.

— Kacie, ty! jak ty zniszczyłeś mą duszę! Jad wszczepiłeś mi w każdą żyłkę. Każdą cząstkę mojej istoty przesyciłeś mi odrazą...

— Ty mnie więc istotnie nienawidzisz? Nie wierzyłem, teraz widzę.

Gordon posmutniał jeszcze bardziej, twarz pokryła mu się trupią bladością.

— Teraz szydzisz ze mnie, teraz powiadasz, że nie mogłam ci nic poświęcić... Boże, Boże! Jak brutalnym jest twój mózg! Jakiś ty brutalny!