Ścisnęła pięści. Dusza jej płonęła nienawiścią i rozpaczą.

— Ty nigdy mnie nie zrozumiesz — rzekł powolnie22 i spojrzał na zegarek. — Ty mnie właściwie nie rozumiałaś. I ty nie wiesz także, co to jest piękno. Czy wolałabyś pozostać ze mną i brnąć we wstrętnym brudzie, kalać się? Gdybym był pozostał przy tobie, musiałbym cię skalać. Poszedłem i pomnę o tobie, gdyby23 o wielkim, smutnym przeznaczeniu. Poszedłem i widzę cię gdyby błędną gwiazdę we mgle, co nieszczęście oznacza, ale nieszczęście jest piękne. A teraz, teraz...

Urwał nagle, pogrążył się w myślach na chwilę, a potem rzekł bardzo powolnie.

— Przychodzę do ciebie, aby cię poprosić: zostaw Ostapa w spokoju, odepchnij go od siebie. Ty zapewne dałaś mu mały paluszek, a on był na tyle głupi, żeby zapragnąć ręki całej. Nie o niego mi idzie, nie, tylko o ciebie. Wszak ty go nie kochasz, jestem tego pewny. Przecież to niezmiernie komiczne, ujarzmiać jednego mężczyznę, żeby się zemścić na drugim... Widzisz... Dawniej myślałem o tobie, jak o aniele upadłym, pełnym cichego majestatu, smutnej wielkości, która serce ma śmiercią przepełnione. A teraz przychodzę do ciebie i proszę cię: nie bądź banalną! nie ośmieszaj się w duszy mojej!

Zaśmiała się histerycznie.

— Kłamco! — krzyknęła.

— Nie powinnaś tego mówić — utkwił w niej wzrok nieruchomy. — Ja ci tylko jeszcze raz chciałbym wszystko powiedzieć. Widzisz: ja czasem mogę zapomnieć, że byłaś już w objęciach innego, że przeżyłaś już z innym straszną zagadkę narodzin kobiety, że...

Dusił się, cierpiał.

— Mogę zapomnieć, że najwyższe piękno, jakie jest dostępne człowiekowi, dla ciebie już dawno minęło, kiedym cię poznał, że grozę i skurcz, w którym jedna dusza przelewa się w drugą...

— Kłamco! Kłamco! — krzyczała i drżała na całym ciele. — Idź! Zostaw mnie! Szatanie ty!