Nastało znowu długie milczenie.

— I pan nigdy także nie kochał? — spytał Gordon nagle.

— Nie, nigdy! — odrzekł obojętnie.

— Czy gardzi pan kobietami?

— Nie mogę nimi gardzić, bo nie uznaję różnicy płci, uznaję i znam tylko ludzi i kocham wszystkich ludzi.

Hartmann pił herbatę powoli i z namysłem i zdawało się, jakby wcale nie czuł ochoty do dalszej rozmowy. Ale nagle twarz jego ożywiła się. Spojrzał ponuro na Gordona.

— Ja już wyszedłem z siebie. A tylko człowiek, który wyszedł z siebie, może spełnić ten czyn. Przed rokiem zabiłem kota, który zamordował młode ptaszęta w gnieździe. Wtedy po raz ostatni byłem nieszczęśliwy, bo czułem, że jeszcze mam z sobą do czynienia, że jeszcze nie wyszedłem z siebie, że jeszcze nie dojrzałem do czynu. Teraz już nie jestem nieszczęśliwy. Nieszczęśliwy człowiek nie dojrzał do czynu. Czyn musi w mózgu mieć swe korzenie, a nie w uczuciu. Gardzę anarchistami, bo u nich wszystko pochodzi z uczucia. Dla mnie czyn nie jest czynem, jeżeli ma źródło swoje w uczuciu litości lub zemsty. Nie! ja muszę zrozumieć, że coś jest dobre, i jeżeli coś zrobię, to właśnie dlatego, że rozumiem.

Gordon był tak wycieńczony, że tylko z trudem mógł zdążyć za tokiem myśli Hartmanna. Ale ostatnie zdanie zaciekawiło go.

— Czy pan niczego nie żałuje w swoim życiu?

— Tak. Mógłbym był bardzo wygodnie zabić kiedyś właściciela plantacji, który nieludzko bił swoich niewolników, i nie skorzystałem ze sposobności.