On ciągle patrzał na nią i uśmiechał się jak obłąkany. Po policzkach jego spływały nieprzerwanie wielkie łzy, a na twarzy nie zadrgał mu ani jeden muskuł.

W końcu opamiętał się. Zwrócił się ku oknu, stał długo nieruchomo i spoglądał na ulicę. Potem z wolna odwrócił się do niej.

— Pewnie cię przestraszyłem — spytał obojętnie. — Od czasu do czasu miewam takie napady... No tak... teraz oczywiście pójdę...

Usiadł, ale wstał znowu.

— Ale powiedz, czy istotnie nie sprowadzić ci tu Gordona?

Patrzył na nią przeciągle, potem uśmiechnął się.

— A więc, bądź zdrowa... masz słuszność... Ja wiele cierpiałem przez to... przez... przez — No tak...

Dotknął się jej ręki końcami palców.

Przed drzwiami zetknął się z Polą Wrońską.

Na dworze musiał się oprzeć o mur, żeby nie runąć.