— Nie! Ale ja wyczytałem to pytanie na twojej twarzy.
Ostap opadł wycieńczony na łóżko.
Zmierzch zapadł. Księżyc rzucał obraz okna na podłogę. Gordon wpatrzył się w wielkie czarne smugi ram, które dzieliły światło księżyca na wielkie kwadraty.
— Cieszy mnie — rzekł nagle Gordon — że ten atak tak szybko minął. Niewiele mamy czasu. Po pełni musimy rozpocząć.
Ostap wściekle uderzył pięścią w stół.
— Nie chcę! Nie poruszę nawet palcem! Przeklinam cię, Szatanie, ty, kacie ty! Zniszczyłeś mi życie, a teraz chcesz wtrącić mnie do więzienia.
Gordon jakby na to wcale nie zważał. Mówił dalej, jakby w głębokim zamyśleniu.
— Mam nadzieję, że jasno zdajesz sobie z tego sprawę, co masz zrobić. Za tydzień rozpoczynamy.
Spojrzał spokojnie na Ostapa.
Tymczasem światło księżyca przesunęło się. Widział twarz Ostapa skrzywioną trwogą i męczarnią. Usta jego drżały i poruszały się, wreszcie zdołał wybełkotać kilka słów.