— Do diabła! Co za wściekłość w tobie siedzi!

— Klownem jesteś! Snobem! Blagierem — krzyczał Ostap bez tchu.

Ale Gordon nie słuchał go. Stanął we drzwiach i rzekł poważnie, bez śladu rozdrażnienia:

— Chciałbym na zawsze rozstać się z tobą. Gardzę tobą. Właściwie jesteś jeszcze żakiem. Wściekasz się na mnie, bo żądam od ciebie czegoś, co trwogę w tobie wzbudza, a jesteś zbyt tchórzliwym, żeby się mnie nie bać. Niestety, potrzebny mi jesteś. Niechętnie używam cię do tej sprawy, ale musisz to zrobić. Musisz! Czy rozumiesz? Poślę ci zaraz tego człowieka, z którym musisz razem pracować... Bądź zdrów...

Ostap chwycił silnie głowę obiema rękoma i zdawał się nic nie słyszeć.

— Do widzenia! Odpocznij, jutro zobaczymy się znowu.

Kiedy Gordon był już u drzwi, Ostap wyskoczył nagle z łóżka i stanął przed drzwiami.

— Nie pójdziesz! Co, co ty wiesz? Co mówiłem w febrze?

Głos mu się załamał, dyszał.

— Czy jeszcze nie zauważyłeś, że wiem o wszystkim? — szeptał Gordon. — Ja już dawno wiedziałem, że i ty jesteś dzieckiem szatana. Nie trzeba tylko odwracać się od niego... To się mści.