— O mnie nie ma się pan co lękać — rzekł szorstko.
— O, jak pan jesteś podejrzliwym! — Botko uśmiechnął się. — Gdybyśmy takich mieli więcej. Skoro śnieg stopnieje... śnieg listopadowy nigdy się długo nie trzyma. Zaczyna nawet już topnieć.
Wrońskiemu przypomniało się, że śnił o śniegu.
— Śnieg lśni! — rzekł głęboko zamyślony.
— To jeszcze najmniejsza. Ale pozostają ślady...
Wrońskiemu się wydało, że Botko spogląda na niego z ukrytym uśmiechem i pogardliwym wyrazem twarzy. Zupełnie jak na smarkacza.
— Czy pan mnie ma za głupca? — zapytał z wściekłością.
— Boże, jakże pan jesteś podejrzliwym. Bardzo się cieszę, że pana poznałem. Zresztą jestem zupełnie uczciwym człowiekiem. Do widzenia. Gordon wkrótce pana odwiedzi.
III
Wroński był bardzo wzburzony.