Jezu... miłosierny... Jezu... cicho, eksplozywnie A wiedziałem, że na tym się skończy! Wiedziałem! — Wiedziałem!...

Ręce mu opadają. Rozejrzał się tępo. Zmierza ku wyjściu.

DANTON

wskazuje ku podłodze w stronę sali; cicho

Hej, Bourdon!

Bourdon zawraca. Powoli, prawie chwiejnie, znika w przejściu. Danton odprowadza go uśmiechem; na widok przerażonego Camille’a przeczuwa obecność jeszcze innych świadków — obraca się błyskawicznie i staje oko w oko z Philippeaux.

PHILIPPEAUX

dygoce od stóp do głów. Ledwo dobywa głosu

A... łotrze... plugawy... łotrze...

Danton razi go wzgardliwym spojrzeniem.