LUCILE
Maxime... czy to prawda, ż-że grozi... zaostrzenie stosunków? szybko tłumiąc zaskoczenie, Robespierre potwierdza z naciskiem Więc w panu jedyna nadzieja. nie puszczając mu rąk, pociąga go na sofę Jestem bezradna, Maxime. Jestem w rozpaczy. Camille to nieodpowiedzialny dzieciak, którego trzeba pilnować i prowadzić za rękę. Tymczasem ja się sama w świecie nie wyznaję! — Podjęłam się zadania, do którego nie dorosłam. Za słaba jestem i za głupia. — Czemu się pan od niego odsunął, Maxime? Czemu go pan... opuścił?...
ROBESPIERRE
Bóg mi świadkiem, że było na odwrót. I że go trzymałem z wszystkich sił.
LUCILE
nieufnie
Tak?... Myliłam się widocznie... znów patrzy mu w oczy Bądź pan raz jeszcze człowiekiem, Maxime! Pan jest szlachetny. Znam pana. O, przebacz mu pan... jeszcze ten raz! — I weź go pan pod swoją opiekę!
ROBESPIERRE
Po to przyszedłem. Ponadto: ja osobiście nie mam mu co przebaczać.