Gdy wrócisz do nas, wydamy prawo przeciw kradzieży, jakiej doznałeś, i nikt nie będzie śmiał żądać swojej zapłaty (z rozpuszczonej bakundyjskiej karawany) lub utrudzać cię czymkolwiek. Nie potrzebujesz nawet mówić do nich. Jeżeli jesteś zdrów, będziemy zadowoleni usłyszeć o tym.
Nambeleh, Namneko, Likabo.
Jeszcze jednakże nie zgodziliśmy się na odwrót i dalej toczyły się układy z kacykiem Bauomby, lecz bakundyjscy królikowie przeszkodzili takowym ostatecznie: 7 grudnia przybyli sami z zbrojnym orszakiem i w świątecznym stroju do naszego obozu. Nie było co robić: choć z ciężkim sercem, trzeba było powrócić do Bakundu, pomyśleć o marszu do brzegu oceanu i powrotu na stację Mondoleh. Puszczać się teraz na nowo w głąb stało się niemożliwością, ale więcej nawet: powrót po rzece Mungo był nam również odcięty, jak już wspomniałem, przez Balungczyków. Pozostała więc droga przez Góry Kameruńskie i po długich jeszcze palawrach wyjednaliśmy na królu Nambeleh, że dostarczył nam ludzi przynajmniej do pierwszego z miast górskich Ikaty, by tam najmować karawany od miasta do miasta.
Nambeleh odprowadził nas sam na czele kilkudziesięciu tragarzy i 13 grudnia pożegnaliśmy Bakundu, dążąc do Ikaty i dalej po wschodnich skłonach całego prawie łańcucha gór do morza. Miał to być dla nas marsz pełen utrapień i nowych prób. Rany me na nogach otworzyły się na nowo i niejeden krok po wspaniałych tych skłonach był wtedy istnym wysiłkiem.
Takie było nasze pierwsze zapoznanie się z Kameruńskimi Górami i ich mieszkańcami, z plemieniem Bakwiri, pomiędzy którymi mieliśmy następnie niejeden przeżyć dzień lepszy i z którymi w końcu zżyliśmy się zupełnie.
Lecz nie uprzedzajmy kolei wypadków!
Gdy 14 grudnia rano zbudziliśmy się w Ikacie ze snu, wschodziło słońce z górskich parowów, rozpraszając lekką mgłę — ostatnie cienie bledniejącej szaty nocy. Kontury skłonów podnosiła poranna refrakcja103 — zajaśniały szczyty kameruńskiego łańcucha, a z nimi zbudziło się również życie górali, wychodzących z swych chat palmowych, by zwołać swe trzody; ukazały się sylwetki kobiet krajowych, dążących do źródeł po wodę, a świergot ptactwa witającego nowy ranek w swych zielonych siedzibach nadawał krajobrazowi cechę dziwnie świeżą i spokojną zarazem.
Tak przedstawił nam się poranek wśród Gór Kameruńskich. Nie była to już dzika Afryka sąsiedniego Bakundu — nie, wśród tej rzeźwej scenerii pierś mimo woli oddychała pełniej, raźniej i pewniej, mimo trudów, z jakimi odbywał się ten marsz.
Kacykowie albowiem górskich kraików, które najlepiej porównać by można z „klanami” starej Szkocji, chcieli każdy mieć nas u siebie przez dni kilka, a że musieliśmy od nich brać ludzi do noszenia naszego bagażu, tj. formować karawany od miasta tylko do miasta, więc mogli nas wstrzymywać tak długo, jak chcieli. Toteż drodze z Bakundu przez góry do morza, którą wygodnie odbyć można w przeciągu tygodnia, musieliśmy poświęcić 20 dni. Pamiętnym pozostanie mi niejeden z nich.
Między Ikatą a Mussumą krajobrazy zachwycają podróżnika wspaniałą swą nieprzerwaną panoramą. Olbrzymia tropikalna roślinność pokrywała wszystko bezgranicznym różnobarwnym kobiercem, lśniącym się wśród par i promieni południa, to podnosząc się i wspinając ku szczytom, to znów spadając na dół i ginąc w parkowych gęstwinach podnóża, ciągnącego się między górami a rzeką Mungo. Czasem droga wiodła wąską ścieżką, w najdziksze prowadząc otchłanie — to znów uśmiechały się łagodnie polany, szumiące strumyki lub źródła, otoczone skałami, przy których karawana mogła odpocząć, odświeżając się kryształową wodą gór i napawając się barwną tą, rzadkiej piękności scenerią.