Chaty górali leżą tu wszystkie rozproszone, to pojedynczo, to po kilka razem, a pewna przestrzeń takowych tworzy jedną całość mającą swego kacyka, czyli sangomboa. Takich całości, czyli kompleksów, nie można nazwać ani miastami, ani wioskami, z przyczyny rozproszenia chat; najcharakterystyczniejszą nazwą dla nich będzie staroszkocki ,klan”. Takimi klanami są np. znana nam już Ikata, Mossuma, Lisoka, do której przybyliśmy 20 grudnia, a która należy do największych, wreszcie najliczniejszy klan i najwyżej w górach położony: Buea, leżąca około 3000 stóp ponad morzem, a w której dziwne wywiera wrażenie na podróżniku surowszy już niejako charakter kraju, roślinność więcej przypominająca północ i wiatr ostrzejszy, uderzający silniej o skłony i skały. Granice między oddzielnymi klanami tworzą płotki, wyższe od człowieka, a przez które można przechodzić przy pomocy schodków, przystawionych z obu stron. Mają one głównie na celu, aby bydło należące do jednego klanu nie przechodziło do drugiego.
Minąwszy rzeczkę Kokę i chaty należące do Moriko, posiadające również bystry, świeży strumyk i przeszedłszy Bopfaj, niewielki kompleks chat, przybyliśmy 23 grudnia do Soppo, a tu u starego kacyka Boloy zaskoczyła nas wilia104 świąt Bożego Narodzenia.
Dziwna to była wilia! Wraz z Tomczekiem siedzieliśmy w zakopconej chacie murzyńskiej. Etulukan, kaganek krajowy, rzucał na jej wnętrze żółtawe swe światło, mieszając się z płomieniami ogniska, gdzie na trzech kamieniach stał nasz kociołek. Ryb tu nie było, wieczerzę stanowił warchlak otrzymany od starego Boloy, a jego synowie dodali nam kilka kalabas wina palmowego. Tymczasem gdy prosta ta wieczerza była właśnie gotowa, silna febra rzuciła mnie na matę. Musiał więc Tomczek sam do niej zasiąść, podczas gdym, trzęsąc się mimo trzech kołder, leżał przy ognisku, wpatrując się w jego płomienie. Dopiero po kilku godzinach febra minęła i siedliśmy jeszcze razem do kociołka, wspominając dalekie ojczyste strony.
Dwudziestego piątego wyruszyliśmy z Soppo, minęli Bueę, przeszli przez rzeczkę Mossole, zmienili w Membei karawanę i minąwszy jeszcze jeden dystrykt: Buassę, stanęliśmy już na południowym tarasie gór w Likumbe. Chata kacyka była niezmiernie pięknie położona: dokoła rysowały się głębokie parowy i doliny, a w nich leżały rozrzucone tu i ówdzie chaty górali. Teraz byliśmy już blisko brzegu morskiego, tj. Victorii, a myśl, że po całych miesiącach życia w gąszczach i zaroślach mamy wkrótce znów spocząć wśród komfortu europejskiego na stacji Mondoleh i ujrzeć nareszcie znów pozostałego tam towarzysza Janikowskiego, napełniała nieokreślonym uczuciem pewnego rodzaju rozkoszy, taki albowiem jest człowiek! Wtedy, strudzeni i zmęczeni, poranieni i obdarci, cieszyliśmy się nadzieją rozpoczęcia na nowo życia cywilizowanego. Dziś, gdy ono nas otacza, ciągnie nieprzeparta siła nazad ku owym bambusowym chatom, ku owym wieczorom i ogniskom krajowców, przy których się zasypiało spokojnie po trudach dnia, mimo niepewności, czy się ujrzy następny poranek.
Dwudziestego szóstego, przeszedłszy przez „klany” Boana i Bodżoke, przybyliśmy do Bondżongo i mogliśmy już zamieszkać w domu zbudowanym przez Europejczyków. Znajdował się tu albowiem opuszczony dom, zbudowany przez misję angielską, rezydującą na dole u stóp gór w Victorii, a od niej, tj. od zatoki Ambas i naszej stacji dzieliło nas już tylko kilka godzin marszu. Napotkany dom był wprawdzie ruiną o wybitych oknach i o zerwanym po części dachu, lecz przyjęliśmy tę kwaterę mimo to z wielkim zadowoleniem.
Następnego dnia, dwudziestego siódmego, ujrzeliśmy się nareszcie z Janikowskim, który był przybył na nasze spotkanie do Bondżongo, uprzedzony przez posłańca o naszym przybyciu. Nastąpiło, jak łatwo można się domyśleć, długie, serdeczne powitanie i nieskończona gawęda, trwająca po późnej nocy.
Nie zaraz jednakże można było wyruszyć na stację. Długi marsz przez góry, podczas którego rzadko tylko można było zaopatrywać me rany, przyprawił mnie o taki stan, że już w końcu kroku uczynić nie mogłem. Bywały chwile, że zwątpiłem zupełnie o ich wygojeniu, sądząc, że doszły do kości. Pozostaliśmy więc jeszcze kilka dni w Bondżongo i dopiero w dzień Nowego Roku (1884) stanęliśmy na stacji Mondoleh. Z pewnym wzruszeniem spoglądałem znowu na sine tło oceanu. Jasny, słoneczny poranek panował nad zatoką, gdyśmy wsiadali do łodzi odwożącej nas na wyspę Mondoleh. Za nami promieniał wspaniały taras gór, z których właśnieśmy zeszli, przed nami leżała nasza spokojna wysepka z białą sylwetką stacji wśród palm i bananów. Nadzwyczajna cisza i przezroczystość w atmosferze przywitała to nasze przybycie do własnych czterech ścian i wszystkie przejścia ostatnich miesięcy zatonęły jakby w tych cichych falach i należały już do wspomnień przeszłości.
Stanęliśmy w przystani Mondoleh. Zdumiony spojrzałem dokoła — trudno było poznać własną stację. Poczciwy i pracowity Janikowski dokazał tu cudów zaiste: skopał część skłonu, wznosząc z drugiej strony przed domem wał, na którym falowała zielona trawa, ozdobiona tu i ówdzie bukietami to afrykańskich, to europejskich roślin; wybudował dwa domy gospodarskie, drogi i plac były czysto wysypane żwirem i symetrycznie okolone kamieniami; na skłonie góry pasły się kozy i kury, żywy inwentarz stacji, a gdyśmy weszli do mieszkania, zauważyłem miły, po europejsku urządzony zakątek, przyciągający swą powierzchownością i wzorowym porządkiem. Przy tym wszystkim miał czas zestawić zbiory zoologiczne i inne.
Uścisnąłem dłoń poczciwego towarzysza broni. Tu można było wypocząć, wyzdrowieć i do dalszej zabrać się pracy.
Krajowcy z wyspy Mondoleh i z przeciwległej Boty przybyli tłumnie się przywitać, wypytując się z ciekawością o szczegółach naszej podróży, która wydawała się dla nich czymś nadzwyczajnym. Krajowcy ci puszczają się albowiem rzadko dalej od swego miejsca zamieszkania nad kilka godzin lub najwyżej dzień drogi w głąb.