Wygojenie mych ran szło jednakże bardzo powoli, mimo to, że udałem się do bliskiego Fernando Poo dla poradzenia się tamtejszego lekarza kolonii. Dopiero w końcu lutego powróciłem zupełnie wyleczony i postanowiliśmy zająć się eksploracją Gór Kameruńskich do końca roku, w którym, po przybyciu nowych rekwizytów z Europy, zamierzaliśmy na nowo wyruszyć w głąb i próbować inną drogą przedostać się do Bayongu.

Eksplorację gór rozpoczęliśmy 27 lutego (1884), wyruszając ze stacji Mondoleh, by objechać cały brzeg od zatoki Ambas do rzeki Rumby.

Zabraliśmy z sobą pięciu czarnych, potrzebne rekwizyta, prowiantu na tydzień, instrumenta niezbędne i wreszcie pewną ilość przedmiotów przeznaczonych na zamiany i podarki. Płynąc w otwartej szalupie wciąż tuż przy brzegu, obserwowaliśmy ściśle charakter każdej jego części, notując wszystko, cośmy spostrzegli, i wylądowywując w licznych punktach. W ten sposób skonstatowaliśmy, że na brzegu tym, tj. między Botą a rzeką Rumbi znajdują się następujące miasta: dwie osady Ngemeh, następnie Bubinde, zaraz za nim Mukundange, przedzielone przylądkiem Limboh, zaś nad dość bystrą, obfitującą w ryby rzeką leży miasto Uidże. Wkrótce po nim sterczy nowy mniejszy przylądek, zwany Ounde, o dzikich, stromych brzegach, przed którymi fale piętrzą się wysoko, rozbijając się w licznych grotach, połączonych wewnętrznymi, naturalnymi tunelami. Przed przylądkiem tym sterczą dwie oryginalnej formacji skały. Dalej rozpoczyna się długa, piaszczysta ława, a na niej zaraz za przylądkiem Ounde miasto Batoki, u stóp pagórka, który widać wyraźnie z wyspy Mondoleh. Dalej rozpoczyna się już brzeg plemienia Mbomboko, a pierwszym jego miastem jest Bakingi, około którego krótko przed przylądkiem Lawate wpada kilka drobnych strumyków świeżej wody. Dalej pomiędzy przylądkami Lawate a Mouange zauważyliśmy śliczną, spokojną, choć niewielką zatoczkę Isongo z drobną osadą tegoż imienia, następnie, minąwszy przylądek Mouange, zauważa się miasto tegoż imienia (Mouange), a minąwszy daleko w morze wysunięty przylądek Debundża, czyniący wrażenie walącego się fortu, brzeg zaczyna dążyć ku północy, ukazując miasteczka Ndżondże i Isobę — dalej miasto Bibundi, posiadające najlepszą przystań na całym tym brzegu. Tu wpadają do morza liczne rzeki, ponad którymi leżą miasteczka Sandżi, Kolleh i Lunnia. Przy tym ostatnim mieście leży rozległa laguna, do której spływa kilka rzeczek, schodzących z niej następnie jako jedna szeroka i dość głęboka rzeka, płynąca wzdłuż brzegu, a mająca swe ujście około przylądka Madali-Dikote. Od tego niskiego przylądka ciągnie się daleko w morze cały archipelag niebezpiecznych, podwodnych skał. Tu Góry Kameruńskie odstępują od brzegu, czyli raczej przed nimi rozpościera się niski kraj Rumbi, bagnisty, niezdrowy i o wybrzeżach poniżających się tak szybko, że na miejscu, w którym krajowcy mieli osady dwadzieścia pięć lat temu, ciągną się dziś cuchnące, niezdrowe laguny. Zauważyliśmy tu tylko trzy miasta, będące już pod wpływem Starego Kalabaru, a mianowicie Jindab, Betike i Rumbi, czyli Bamusso.

Ta eksploracja brzegów została ukończona dnia 5 marca i rozpoczęliśmy zwiedzanie południowego tarasu gór, tj. osad leżących między zatoką Ambas i małym szczytem kameruńskim, czyli Mongoma-Etindeh105. Tu leżą klany Mokunda-Mbenge, Mokunda-Leluh, Boando i inne, a kraj ten okazał się nam tak barwny, tak zdrowy i świeży, że z zamiłowaniem spoglądaliśmy z okien stacji mandolijskiej na cudowną panoramę, którą nam przedstawiał. Zakreśliliśmy sobie we trzech szerokie ramy pracy na wspaniałych tych wyżynach, gdy nieoczekiwanie zawisły ciężkie chmury nad cichą stacją Mondoleh i uderzył w nią cios, który pokrył nas kirem żałoby.

Dnia 1 maja musiałem się udać do Fernando Poo, by odebrać niektóre rzeczy, które przybyły dla nas z Europy i równocześnie wyekspediować listy i zbiory do kraju. Janikowski i Tomczek spakowali razem skrzynie, które zawierały wysłać się mające przedmioty, i pożegnałem się z nimi, nie przypuszczając nawet na chwilę, że z wiernym druhem lat dziecinnych, Tomczekiem, nie zobaczę się więcej.

Interesa w Fernando Poo wkrótce ukończone zostały i wyczekiwałem z dnia na dzień możliwości powrotu na stację, lecz na morzu szalały tornady i do dnia 30 maja zostałem wstrzymany w hiszpańskiej kolonii. Wreszcie przybyła wielka łódź żaglowa z zatoki Ambas. Z upragnieniem żądałem od niej wiadomości o towarzyszach z Mondoleh, lecz któż opisze to, co się we mnie działo, gdy jeden z Murzynów załogi łodzi doniósł mi głosem najspokojniejszym, że „wszystko tam dobrze, tylko jeden biały umarł na stacji”.

Wtedy zapomniałem o tornadach i deszczach, o burzach i morzu i nająwszy siłą prawie tę samą łódź żaglową, podążyłem na osieroconą mą wyspę. Jeszcze w sercu tliła się nadzieja, że to wieść mylna, że to nieprawda, zdawało mi się niepodobne, że tak być mogło. Puściłem się więc na morze, szarpany straszną niepewnością. Ohydna to była przeprawa! Ulewny deszcz panował nad kanałem dzielącym Fernando Poo od Gór Kameruńskich. Morze szumiało dziko dokoła, wiatru — jak zawsze w takich razach — nie było zupełnie, cały więc dzień kołysała się łódź bezczynnie na morzu, choć paliła niepewność i żądza dotarcia do przeciwległych brzegów. A gdy noc nastała, zerwał się huragan, wtórujący jedynie spadającym strumieniom deszczu i dziwnym, dzikim nutom własnej duszy. Łódź była otwarta, nie mając nawet daszka, ale któż by myślał w takich chwilach o deszczu i słocie! Siedziałem milczący przy maszcie, nie dbając ani o pioruny uderzające dokoła, ani o ulewę szalejącą nad nami. Wreszcie zerwał się wicher, przechodzący stopniowo w silny wiatr przychylny, i rozdąwszy nasze żagle, popędzał łódź w pożądanym kierunku. Przed świtem zarysowały się niewyraźnie kontury wyspy, ciemność panowała zupełna, najmniejsza gwiazda nie przerywała czarnej masy firmamentu. Tylko po głośnym szmerze fal, rozbijających się o brzegi, któremu wtórowały liczne cykady z prawej i lewej, poznałem, że jesteśmy tuż przy przystani naszej stacji mondolijskiej.

Stanęliśmy na kotwicy, czekając świtu. Wreszcie nadszedł takowy — kazałem więc spuścić pirogę i z jednym krajowcem dopłynąłem do przystani naszej, pogrążonej w głębokim śnie. Spojrzałem dokoła — nagle zauważyłem po prawej stronie domu, u stóp dwóch palm splatających spokojnie swe korony tuż nad brzegiem zatoki, niewielką mogiłę! A więc była to prawda! Przeszywający ból opanował całe moje jestestwo — wszystko, cośmy przeszli dotąd, było niczym w porównaniu z tą chwilą!

Długo stałem skamieniały nad drogą tą mogiłą, potem podążyłem ku domowi, by zbudzić ze snu pozostałego przyjaciela. Otworzył mi Janikowski. „Gdzie Tomczek?” — wyrwało się gorączkowo z mych piersi. Wzrok pełen boleści Janikowskiego był dostateczną odpowiedzią! U stóp owych palm, w tej ziemi afrykańskiej spoczywało wszystko, co mi pozostało z drogiego wiernego druha.

Zmarł dnia 20 maja (1884 r.). Z dnia na dzień, gdy opuszczała go gorączka, pytał się, czy nie wróciłem, wreszcie dwudziestego rano mówił spokojnie, zdawało się, że febry przełamane, że przychodzi do zdrowia, lecz był to tylko ostatni blask życia. Po południu ogarnęło go przeczucie śmierci, zaczął rzewnie żegnać się z daleką Ojczyzną, potem, podnosząc się nagle, zawołał Janikowskiego do siebie: „Czy nie wrócił Stefan?” — zapytał błagającym głosem. „Nie jeszcze” — odparł stroskany towarzysz. „A więc za późno! — zawołał. — Daj mi rękę... ściśnij... mocno... umieram!” i przy słowach modlitwy Janikowskiego zasnął spokojnie na zawsze! Następnego dnia, w tym klimacie bowiem pogrzeby odbywać się muszą niezwłocznie, pochowano go! Krajowcy rozpierzchli się w zabobonnym strachu od miejsca, gdzie leżał blady, zmarły biały człowiek. Janikowski sam musiał oddać mu ostatnie posługi na ziemi i złożył resztki uśpionego pielgrzyma pod ową mogiłą.