To ona hops! skocyła téż. Patrzy — a tam, Boze święty, ile złota, dukatów, koralów práwdziwych i wszystkiego! A Jasiu se przesypuje dukaciki, dzwoni, bawi sie. Alé ona przypomniała, że baby gádały, że tam tylko na chwile sie otwirá i może sie lada chwila zamknuńć i ostano na wieki!

— Jasiu, trzá nam uciekać, Jasiu!

A, o, dziecko jak chciało jiść, o ona myśli tak:

— Ale by sie nám tych dukatów przydało.

Złapała do fartucha, nasypa[ł]a tych dukatów.

— Jasiu, ja zaroz po ciebie przyde!

Wyskocy[ł]a z tégo dołka, poléciała na dębie do dziupli wsypała te [dukaty]. Jidzie, a tu już dziury nié ma, dziura sie zamkła, chłopoka ni ma. Już te dukaty ji nie były w myśli, nie przyznawała sie do nikogo, bo sie boła nawet. A pytają o jej syna, a ona co ma poedzić8?

— A, do rodziny go wysłałam, a ni ma go — a ona ciągle wi, że [został pod ziemą].

Jedyno miała tako staro babke we dworze, tako przyjaciółke, i ji sie zwierzyła, co sie stało.

— Oj, bidnáś ty, bidná. Já ci nie poradzę, bo jo nie wiem. Ale tam je w lesie ten taki stary, wis9, ten kulawy dziád, casem przychodzi po chlib tu do dwora. [U]On więcy wi ode mnie. Jakbyś poszła do niego, to on ci może poradzi.