Ariamanowi zdało się, iż dokoła pędzącej błyskawicznie łodzi, skaczącej na falach, jak nietoperz w locie — wiją się błękitne, karminowe, żółte Muzy, srebrne Peri359, czarne Walkirie360 — on zaś, jak Dżalaleddin Rumi361, odrzuca wszystkie czary, idąc w płaszczu derwisza362 po drogach samotnych.
Mag Litwor powstał, dłoń przyłożył do czoła księcia Huberta — i ten otrzeźwiał naraz.
Ariaman nie potrzebował wytrzeźwienia; patrzył z zimnym uśmiechem na księcia, myśląc, iż to jest jakby jego sobowtór, używający życia i biorący par force363 wszystkie przeszkody, u których on legł, jak u mirażowych gór.
— O jedno was proszę — rzekł już zupełnie innym tonem książę Hubert. — Na torpedowiec wiozący plan walki, pozwólcie, bym wstąpił ja sam. Byłem lejtenantem marynarki wojennej i rozumiem się na wzięciu w ręce różnych delikatnych spraw, zresztą znam osobiście kapitana Czibisowa. Widzę na horyzoncie odblask krwawy z komina. Przetniemy drogę i ja pomówię z kapitanem. —
Lecz na to nie zgodził się bezwzględnie Mag Litwor.
Ujrzano pędzący torpedowiec.
Książę Hubert wywiesił latarnię reflektorową i sygnalizował wstrzymanie.
Torpedowiec, lecący z szybkością kurierskiego pociągu, zwolnił pęd.
— Czego? — zabrzmiało gniewne zapytanie.
— Ważna rozmowa sam na sam z kapitanem — rzekł Mag Litwor.