Na dzień jeden zaszedł po drodze do Turowego Rogu.
On i wariat Gandara dosyć się lubili, choć Ariaman nie miał dla niego uczuć rzewnych, bo widział w nim jakiś swój prototyp. Usiedli więc.
Raz przed samą śmiercią usiadł z Ariamanem na słonecznej przyzbie i, przyśpiewując, tak gadał Gandara:
— Wicie, jako w Białce kościół zjedli?
— Z jedlinowych balów?
— E, wyście mądrzy, to nie uwierzycie, ale głupi to myślą, że kościół zjedli!
— Wybudowali kościół z pni wielkich jedlanych, hrubych, jak ten skriżal — (ukazał wielki płaski głaz u schodów).
I był taki gazda, co syćko zabijał: barany, owce, woły, ludzi, syćko zadziobywał.
(Tu Ariaman miał widzenie olbrzymiego, czarnego, skrzydlatego człowieka, który syćko zadziobywał!...)
No i było mu już na śmierzć.