Ariaman spotkawszy konia z rasy dawnych Hiparionów, pasącego się na lewadzie — wskoczył ze zręcznością Scyty i pognał bezdrożem pod górami wielkimi mimo Kościelisk.
Już był mrok nocy zupełny, na szafir nieba wystąpiły gwiazdy.
Jakby daleki tętent konia usłyszał za sobą.
Mija ogromne ciemne lasy, na chwilę nie powstrzymując Hipariona.
Mija aż zachmurne skały.
Napojem gorzkiej piołunowej samotni poi się jego duch.
Miłość swą strącił w lodowe wiry wodospadu!...
Nie potrzeba Miłości, szczęsnej czy nieszczęsnej —
witeź ma teraz swą górę lodową, na którą wspina się jego rumak.