— Więc kiedy jesteś taki ślepy, Achillesie, patrz!... —

Nie mógł nic dojrzeć na razie Ariaman — potem wpatrując się w ciemny przestwór powietrzny, uczuł potwornie chłodne prześlizgnięcie się — niby rekina, który przepłynął... i znowu okrąża...

To nie była igraszka idei. Wprawdzie Ariaman znał walkę z monstrami morskimi, lecz tu była siła, z którą walczyć niepodobna orężem.

Jakby człowiek z wspaniale urządzonego salonu —

przez nagle rozwartą klapę w podłodze wpadł do morza, gdzie krążą głowonogi — i czają się rekiny: z monstra szydził niedawno jego mózg przy jasno-płomieniącej lampie nad dowcipnymi Essays Montaigne’a; oto jest teraz sam bezbronny wobec ośmiu rzędów straszliwych kłów w paszczęce ślepej siły, która chce żreć...

Mówiła Zolima:

— Tamtej nocy nad jeziorem Szatanów krążyły duchy, które my braliśmy za świetlaki świętojańskie —

my ślepi nie widzieliśmy zawieruchy duchów, ni zstępującego ducha Promethidiona.

Widziałeś teraz fluidyczną potworę, która idzie za tobą trop w trop —

— Widziałem, lecz nie wierzę.