Józka skrobała ziemniaki na ganku.
— Idźcie, ojciec ta sami leżą. Hanusia na kapuśnisku, a Jagna robi u matki.
W izbie pusto było, przez otwarte okno zaglądały kiście bzów i słońce siało się przez zieleń.
Stary siedział na łóżku. Wychudły był, siwa broda jeżyła mu się na żółtej twarzy kiej szczeć462, głowę miał jeszcze obwiązaną, ruchał cosik sinymi wargami.
Pochwalili Boga. Nie odrzekł ni się poruszył.
— Nie poznajecie to nas? — ozwał się Kłąb, za rękę go biorąc.
Jakby nic nie wiedział, nasłuchiwał niby tego świegotania jaskółek lepiących gniazda pod strzechą lebo tego szmeru gałęzi szorujących po ścianach i w okno niekiedy zaglądających.
— Macieju! — rzekł znów Kłąb, wstrząsając nim zdziebko.
Chory drgnął, oczy mu się zatrzęsły, obejrzał się na nich.
— Słyszycie? Dyć Kłąb jestem, a to Balcerek, wasz kum. Poznajecie, co?