Czekali, patrząc mu w oczy.
— Sam tu, chłopy! Do mnie! Bij psubratów! Bij! — krzyknął z nagła ogromnym głosem; podniósł ręce jakby w obronie i zwalił się na wznak.
Józka wpadła na krzyk i jęła mu głowę obwalać mokrymi szmatami, ale on już leżał cichy, a w szeroko otwartych oczach lśnił jakiś strach śmiertelny.
Wyszli pokrótce, sfrasowani i pełni zgrozy.
— Trup ci tam leży, a nie żywy człowiek! — rzekł Kłąb, odwracając oczy na chałupę.
Józka znowu skrobała ziemniaki na ganku, dzieci bawiły się pod ścianą, a w sadzie spacerował Witkowy bociek, zaś wiater przysłaniał gałęziami okno wywarte.
Szli czas jakiś w milczeniu zgrozy, jakby z grobu wyszli.
— Każdemu przyjdzie na to, każdemu — szepnął łzawo Kłąb.
— A każdemu... Wola Boża, cóż, nie poredzi... Hale, mógł jeszcze pożyć jaką porę, żeby nie ten las...
— Pewnie. Zginął, a drugie się z tego pożywią — westchnął.