— Gdzie pan Andrzej? — zapytał Nik.
Marta i Tom popatrzeli na siebie. Byłaż to rzecz możliwa nie powiedzieć Nikowi, Nikowi — co zrobili z panem Andrzejem?
Ale przypomnieli sobie w porę „ani słowa nikomu”.
Marta pochyliła się nad trawą i coś zaczęła w niej pilnie szukać. Nie! Stanowczo nie może skłamać przed Nikiem, nie może powiedzieć mu nieprawdy — to byłoby złamanie jakieś milczącej, a pradawnej braterskiej umowy.
Tomek zaś powiedział mężnie:
— Nie wiemy, gdzie jest. Poszedł na spacer.
Nik nie pytał więcej. Przez chwilę przyglądał mu się bacznie, a potem zamyślił się na sekundę. — No! Skoro nie mówią, to znaczy, że nie mogą — zdecydował i dodał głośno:
— Chodźcie do domu, bo oni już jadą i chcą się pożegnać. Powiecie im właśnie, że pan Andrzej poszedł na spacer.
Gdy przechodzili pod otwartymi oknami gabinetu, posłyszeli głos oficera, który mówił wyraźnym, zirytowanym szeptem:
— Tego nie można puścić płazem. To jest czas wojny. Ty, Lew, nie baw się w neutralność i szlachetność. Ty mi nie mów o gościnności, o żadnych takich! Przede wszystkim obowiązek względem ojczyzny i ja tę sprawę muszę wyjaśnić!