Umilkł na widok wchodzących dzieci. Oprócz nich nikogo nie było w pokoju.
Oficer poskoczył spod okna na środek komnaty. Był czerwony i świecący. Zapytał gwałtownie:
— A Andrzej Władysławowicz?
— Jaki Władysławowicz? — zapytał naiwnie Tom.
— No, wasz „pan Andrzej”!
— Nie wiem, gdzie jest — uśmiechnął się Tomek spokojnie, pełen tajemnej rozkoszy.
— Jak to nie wiesz? — powiedział oficer ostro. — Poszedł z wami.
— Właśnie. I owszem — przytwierdził Tom z naturalnością i wdziękiem dwuletniego dziecka. — Ale potem myśmy wrócili, a on powiedział, że musi pójść z wizytą do Bezogonka. I poszedł. A myśmy wrócili — skonstatował raz jeszcze z przekonaniem, tak, jak gdyby to właśnie było kwestią sporną.
— Bezogonka? Co to jest Bezogonka! — krzyknął, ledwo panując nad sobą, oficer.
— To jest zając — objaśnił Nik, wsuwając się między wojskowych a Toma. — On mieszka w leśniczówce, u gajowego, który go sobie oswoił i trzyma go w chlewiku. A pan Andrzej stara się go namówić, tego gajowego, żeby wypuścił go na wolność, tego zająca, rozumie się. Bo przecież każdy rozumie, że zającowi lepiej w lesie niż w chlewiku. Zupełnie osowiał — dokończył Nik z taką miną, jak gdyby stan duchowy zająca był w danej chwili sprawą najważniejszą.